Witaj. To mój pierwszy niepodróżny wpis. Stąpam po tym gruncie bardzo ostrożnie, niełatwo zabrać się za pisanie czegoś, co wcześniej rozkładałam na części pierwsze jedynie w gronie najbliższych. No i trzeba te przemyślenia jeszcze z pełną odpowiedzialnością puścić w świat. Postanowiłam nie być dla siebie zbytnio surowa i wymagająca i opowiedzieć Tobie o swojej przygodzie ze strefą komfortu, a tym samym po raz kolejny przekroczyć jej pilnie strzeżone granice.

Ale wróćmy do początku. Jest rok 2017. Ja raczkująca, jeszcze trochę poturbowana ostatnim długoletnim związkiem singielka postanawiam dokonać kolejnych zmian w swoim życiu. Uczę się siebie na nowo. Z pełną świadomością poświęcam ten rok sobie, swoim potrzebom, pragnieniom oraz rozwojowi.

Niekiedy ciężko w pędzie codziennych spraw pamiętać o sobie. Jak często zadajemy sobie pytanie: Czy jestem szczęśliwy, zadowolony z drogi, którą podążam? Czy żyje na tyle świadomie, aby w odpowiednim momencie zorientować się, że może ta droga prowadzi donikąd? Co sprawia, że czuje się szczęśliwy? Jakie są moje pasje? Czy pamiętam jeszcze, co powoduje we mnie radość dziecka? Taką najprawdziwszą, najszczerszą z błyskiem w oku...

W roku 2017 poznaję koncepcję slow life i co za tym idzie: mocno skupiam swoją uwagę na życiu tu i teraz, na doznawaniu otoczenia wszystkimi zmysłami, na eliminacji zbędnych bodźców, na minimalizmiezwolnieniu tempa i regeneracji. O tym wiecej tutaj: Slowlife a konsumpcjonizm – moja historia.  Gdy już udaje mi się posprzątać swoje życie na tyle, aby zyskać przestrzeń na głębszy oddech, zaczynam regularnie zadawać sobie powyższe pytania. Zaczynam coraz częściej dbać o zdrowy kontakt z samą sobą.

Bardzo łatwo gdzieś na zakręcie życiowej ścieżki zatracić siebie, nasze wewnętrzne pragnienia. Wpaść do kołowrotka zarabiania kasy lub zadowalania innych. I pewnego dnia budzisz się w swoim starannie urządzonym mieszkaniu i zdajesz sobie sprawę, że to życie, którym żyjesz jest wszystkich innych ale na pewno nie twoje własne.

Nagle, gdy wyeliminowałam ze swojej codzienności zbędne bodźce, czyli nadmiar telewizji i internetu,  kompulsywne zakupy i zredukowałam godziny pracy okazuje się, że otrzymuje przestrzeń na pokarm dla duszy w formie kolejnych książek, długich spacerów i kojącej ciszy, które skutecznie inspirują mnie do kreatywnego działania.

I tak poprzez zapytanie samej siebie czego pragnę, co bym chciała zrealizować w najbliższym czasie, co obudzi we mnie pasję, co da mi szczęście? Okazało się, że rok 2017 był rokiem przełomowym w moim życiu. To był rok wyjścia poza strefę komfortu. To był TEN rok. Moje osobiste katharsis 🙂

W całym tym procesie wcale nie chodzi o odpowiedzi, które otrzymamy, a bardziej o bycie w stałym kontakcie ze sobą samym. To jeden z podstawowych elementów do utrzymania równowagi i spójności między umysłem, ciałem a emocjami.

Bo czym właściwie jest strefa komfortu? To nasze przytulne i cieplutkie pluszowe życie. To nasza bezpieczna przestrzeń. To nasze przyzwyczajenia, które z automatu wykonujemy, aby się nie wysilić, aby się nie napocić zanadto. W strefie czujemy błogi spokój. Strefę znamy na wylot, niczym nas nie zaskoczy. Jest stagnacją. Jak miękki fotel przy gorącym piecu kaflowym. Tam jest nam dobrze. 

I nagle nachodzi nas jakaś szalona myśl, aby te strefę trochę naruszyć. Wychylić nos poza jej bezpieczne granicę. Nagle okazuje się, że uruchomiła wszystkie czerwone lampki w naszej głowie: ERROR! Zagrożenie! Tak jest też w moim przypadku.

Krzykacz nieustannie sygnalizuje mi w głowie ERROR! Zagrożenie! Pomysł, który dopiero co naniosłam na papier, jako odpowiedź na powyższe pytania okazuje się tworzyć niezły konflikt w mojej głowie.

Dlaczego rok 2017 jest przełomowy?

Bo po raz pierwszy w życiu nie poddaje się temu wewnętrznemu konfliktowi i postanawiam doprowadzić każdy jeden plan do końca

Najpierw sporządzam listę rzeczy TO DO! Chłonę wszystko co mnie otacza. Pogłębiam wiedzę o slow life. Przez to trafiam na ciekawe profile na IG, nowe książki, czasopisma blogi. Czuje, że nabieram wiatru w żagle. Wszystkie pomysły, które mi wpadają do głowy i które powodują we mnie ekscytację notuje na swojej liście.

Lista TO DO ma mnie za każdym razem doprowadzić poza strefę „K”. A tym samym powiększyć te strefępoznać swoje lęki, oswoić się z nowym, i to przezwyciężyć. Wszystkie czynności zapisane na mojej liście powodują we mnie w pierwszej fazie pasję, szczęście oraz ekscytację dziecka. W tym danym momencie uważam, to za najlepsze co mogę sobie zaoferować. Te uczucia płyną prosto z serca a umysł jeszcze nie zdarzył namieszać.

Moja lista skupia na sobie bardzo zróżnicowane zadania. Chodzi o to, aby odnaleźć prawdziwą radość w życiu i dlatego zapisuje na niej wszystko co ma mi w tym pomóc.

Oto moja lista:

 

Po pierwszej fazie ekscytacji płynącej prosto z poziomu wewnętrznego dziecka  nadchodzi druga faza: mentalny sabotaż.

Wracam do tych czerwonych lampek, świecących na myśl o wyjściu poza strefę. To te wszystkie myśli z poziomu EGO, które w większości przypadków skutecznie sabotują każdy nasz najbardziej kreatywny pomysł. To konflikt pomiędzy najszczerszą potrzebą a najsurowszym rozsądkiem. Nasze EGO jest strażnikiem granic strefy, według Freuda dba o godzenie konfliktowych zadań ze strony instynktów, sumienia i środowiska zewnetrznego. Czytaj tu: Wikipedia  EGO czuję się dobrze w strefie, nie chce tych zmian. Więc największą walkę człowiek zawsze musi przebyć sam ze sobą.

Zaczynam od małych rzeczy typu kupienie farbek i odnalezienie w sobie radości dziecka. Z czasem każdy pomysł traktuje jako wyzwanie, które po prostu muszę zrealizować niezależnie od demotywujących głosów i podpowiedzi w mojej głowie. Nie słucham się nawet bliskich, gdy odradzają mi samotną podróż do Azji. To jest mój czas, mój plan i zawieram umowę sama ze sobą, że będę wobec tego lojalna.

Żeby ruszyć z miejsca na samym początku, muszę trochę oszukać swój umysł. Więc traktuje każde zadanie eksperymentalnie. Mówię sama do siebie: to jest eksperyment albo on wypali albo nie. Nie bierz tego na zbyt serio, ale to zrealizuj do końca! Tym samym pozwala mi to nabrać dystansu do wielu z tych zadań. Nie skupiam się absolutnie na swoich czerwonych diodach, które już mi podsuwają setki demotywatorów. Myśli te są bardzo kreatywne i bardzo natarczywe. Niekiedy wracają we śnie. Ale mimo tego konsekwentnie realizuje plan.

Nagroda za wytrwałość jest bezcenna. Każde zrealizowane zadanie dodaje mi skrzydeł. Po pokonaniu swoich mentalnych blokadzmierzeniu się z lękami i ograniczeniami dowiaduje się wiele o sobie samej. Rosnę, nabieram pewności siebie. Staję twardo na własne nogi. W pełni świadoma swoich potrzebobieram odpowiedni kierunek, którym podążam do dziś.

Tym zakończę ten post. Mam nadzieje, że okaże się przydatny, inspirujący i zachęci do rozprawienia się ze swoją ciasną strefą komfortu albo chociaż do przyglądnięcia się jej bliżej. 

Życzę powodzenia!

Zapraszam do podzielenia się własnymi doświadczeniami w komentarzu 🙂

Pozdrawiam ciepło. 

♥ ♥ ♥

Karolina

{"email":"Email address invalid","url":"Website address invalid","required":"Required field missing"}

Inne blogi, które mogą Ci się spodobać:

>